Dziewczyna inna, niż wszyscy. Aspołeczna, w dodatku z depresją, niemająca najmniejszej ochoty na cokolwiek, prócz płakania w poduszkę - czyli kilka powodów, dla których inni tłumaczą sobie, dlaczego mnie nienawidzą. Już sama nie wiem, czy się tym przejmuję, czy nie. Oczywiście, jestem tylko nastolatką. Tak jak wszystkie powinnam chodzić w krótkich spódniczkach, za małych T-shirtach (oraz wszystkie inne kreacje "szalonej nastolatki"), powinnam obgadywać wszystkie swoje najlepsze przyjaciółki (jakbym jakieś, oczywiście, miała) za plecami, albo przy chłopaku (którego także nie mam), lub żalić się wszystkim znajomym, że nienawidzę swoich rodziców tylko dlatego, że nie kupili mi najnowszego modelu telefonu. Właśnie, "powinnam". Te słowo działa mi na nerwy. Jest zaraz koło kultury, monotonności i dorastania na mojej liście znienawidzonych wyrazów. Ale niestety; szkoła, rodzina i społeczeństwo wymagają tego, żeby się dostosować. Kiedy tylko rozpoczął się nowy rok szkolny, zaczęłam udawać inną osobę. Rodzina zaczęła podejrzewać, że mam rozdwojenie jaźni, czy inne, bezsensowne choroby, ale ja tak naprawdę chciałam, żeby w końcu ktoś mnie polubił, a później, z czasem, zrozumiał...
Ale niestety. Próbowałam przyjaźni z każdym, z kim mogłam, ale po kilku tygodniach, czasem nawet dniach, przekonywali się, że na prawdę "mam coś z psychiką" - jak to ujmowali. Później zaczęłam się śmiać, i mówić coś w stylu "Żartuję, wyluzuj!", ale następnego dnia już się do tej osoby nie odzywałam, bo nie miałam o czym rozmawiać. Z czasem już przyzwyczaiłam się do Nowej Cassie i byłam nią cały czas, z przyzwyczajenia. Jednak zawsze, kiedy zostaję sama, kiedy zamykam się w pokoju pod kołdrą i poduszką na kolanach, wraca stara Casandra; ta, która wydaje się być sama na świecie. Niezrozumiana. Opuszczona. Przygnębiona. Oczywiście, zastanawiałam się kiedyś - ba, codziennie o tym myślę - czy po prostu się nie zabić (wliczając to wszystkie moje fantazje samobójcze, typu podcięte żyły, skok z okna, przedawkowanie i tak dalej). Lecz właśnie w tych momentach ukazywały się moje najgorsze cechy. Strach i egoizm. Gdyby nie one, już dawno leżałabym pod ziemią, i może byłabym szczęśliwsza. Nie chcę tu truć o Niebie, czy Czyśćcu, bo nie wierzę w te rzeczy.
Rozpoczęła się kolejna klasa i rok, który nazwałam, krótko mówiąc, przełomem. Zaczęłam myśleć o tym, po co te kłamstwa. Że i tak do końca życia będę sama. Wtedy łatwiej mi będzie umrzeć, albo uciec, nie wiadomo dokąd. Powoli zmieniałam się prawdziwą Casandrę, co wszyscy nazwali właśnie dorastaniem. Gdyby tylko wiedzieli, że to właśnie jestem ja. Prawdziwa ja. Inna, dziwna, samotna Cassandra. Od razu pojawiły się obelgi na mój temat, ale stałam się także obiektem plotek, a także jakiejś dziwnej ekscytacji - zaczęto mnie pytać, jak to jest być tą "inną", a ja nawet jakbym chciała, to nie umiałabym odpowiedzieć, bo nie wiedziałam, jak jest być normalnym. Ilekroć obserwuję tych szczęśliwych, radosnych, pełnych entuzjazmu i ambicji ludzi, zastanawiam się, czy są tacy naprawdę, czy tylko bawią się w Cassie, która tak naprawdę ma swoje drugie oblicze.